Kto ma szanse na debiut na rynku książek dla dzieci

Pamiętasz, Karolina, jak ci mówiłam w zeszłym roku, że za rok wygram konkurs Biedronki Piórko? Miałam już rozpoczęty tekst oparty na genialnym jak to u mnie pomyśle i dziubałam go jeszcze wiele miesięcy z myślą, że to przyszłoroczny zwycięzca. Błyskotliwie potraktowany temat z zaskakującą pointą, ciekawa konstrukcja, forma, jaka jeszcze nie wygrała i humor. Picuś glancuś tekst. Mówię ci pewniak. Ale… w konkursie dla amatorów bez dorobku. Aż tu nadszedł luty i ogłosili tegoroczną edycję i zmiana o 180 stopni. Już nie dla amatorów, tylko dla wszystkich piszących. Do tego zmienili limit znaków, przez co mój tekst się nie kwalifikował. Do tego rozdzielono nagrody dla twórców korzystających z AI i dla niekorzystających z AI. Wszystko to jest oczywiście pokłosiem zeszłorocznego skandalu, bo się okazało, że facet, który wygrał konkurs na ilustracje, miał już swoje publikacje oznaczone ISBN, do których się nie przyznał, a środowisko grafików obstaje, że jego prace były wytworem AI. Co do drugiego, to ok, nie udowodnisz, ale jeżeli najbardziej prestiżowy konkurs dla amatorów wygrywa nie-amator, to powinno się go zdyskwalifikować. Swoją drogą, 100 koła nagrody a nie mieli chociażby kilku stówek na osobę, która zweryfikuje wygranych, żaaal. Zawsze się jeden taki znajdzie, co pomyśli: a może się uda trochę to obejść? I się udało – jemu. A wszyscy amatorzy pisania i grafiki w tym kraju stracili. Nad czym bardzo ubolewam, bo Piórko było naprawdę fajnym miejscem na to, żeby się pokazać i się wybić. Nie tylko ze względu na prestiż – wysoka nagroda pieniężna, uznanie jury, wygrywasz jako autor najlepszego opowiadania spośród 3000 zgłoszeń, wydajesz w Zielonej Sowie itd., ale także ze względu na nakład. Biedronka udostępnia twoją książkę w swojej sieci sklepów, ludzie ją kupują i zapoznają się z twoją twórczością. Czytają ją niezawistni niedoszli zwycięzcy Piórka, bo są ciekawi, jaki pomysł wygrał, jak piszesz. Powoli przestajesz być nołnejmem i wyciągasz z szuflady, co tam ci jeszcze w niej zostało albo piszesz coś nowego i pukasz. Pukasz do wydawnictw z uśmiechem w mailu i mówisz „to ja, ta od Piórka”. Zmiana zasad nie przekreśla takiego scenariusza, ale jednak otwarcie konkursu na pisarzy z dorobkiem znacząco umniejsza szansę jego zaistnienia. Jestem bardzo ciekawa, kto wygra tę edycję. Bo jest oczywiście szansa, że pisarze z dorobkiem odpuszczą, bo będzie im głupio. Bo przecież to miało być dla amatorów, a oni mają już kilka publikacji na koncie, to nie będą odbierać innym szansy na to samo. Ale niech tylko by poszła fama, że Justyna Bednarek albo Marcin Przewoźniak biorą udział. „Oooo, to w takim razie niech wygra najlepszy.”

Co do tej nowej części, czyli twórców AI, to mam kilka zastrzeżeń. Bo, po pierwsze primo, skoro nie można wykazać na 100%, czy dana praca jest wykonana metodą AI czy nie jest, to liczy się tylko zapewnienie autora. Znów może się znaleźć cwaniaczek, który powie: „a może się uda?” i mając do wyboru 100 tysi a 30 tysi, to wybierze 100. W przypadku podejrzeń komisja Biedronki tylko pogrozi palcem, ale nagrody nie odbierze, tak jak tego nie zrobiła w zeszłej edycji. Poza tym nagrodą dla twórców AI nie jest publikacja książkowa, tylko internetowa, a to różnica. I wreszcie, jak zapukasz do wydawnictwa z kolejnym tekstem i powiesz „To ja, ta od Piórka”, to ci mogą zgasić twój uśmieszek słowami typu: „napisać byle co i przerobić w chacie to nawet pani Halinka z księgowości umie”. A może wcale nie. To jest moja kolejna rozkmina, o której ci opowiem następnym razem.

Ale teraz. Jak zaistnieć na polskim rynku książki dla dzieci, jeżeli się nie wygrało Biedronki? Obserwując trendy z ostatnich lat, powiedziałabym, że najlepiej być najpierw neurologopedą. Albo logopedą. Albo psychologiem dziecięcym. Albo pedagogiem i nauczycielem wczesnoszkolnym. Jak nie jesteś, to chociaż sfałszuj sobie dyplom ukończenia jakiejś Wyższej Szkoły Czegoś na Kierunku Związanym z Dziećmi.

Zaczęło się oczywiście od Pucia. Galewska-Kustra napisała książeczki, które nie tylko uczą dzieci, jak mówić, ale też uczą rodziców, jak uczyć dzieci, jak im czytać i opowiadać. Odtąd każde wydawnictwo chce mieć takiego Pucia, cykl albo pojedyncze książeczki napisane przez logopedę, najlepiej z własnym blogiem. Mamania ma Wiolę Wołoszyn i cykl Jano i Wito, Media Rodzina – Annę Fryzowicz-Kotarbę i jej Kiki i bliźniaki.

Jeżeli nie jesteś specjalistą od wymowy, to bądź chociaż od codzienności i od emocji. Oj tak, od emocji przede wszystkim. Połącz te dwie rzeczy, a może się okazać, że siedzisz na żyle złota. Jadzia Pętelka, Kicia Kocia, Feluś i Gucio, Stefcia, Basia… Jak twój pomysł się spodoba, to od razu robisz serię, bo nie ma na co czekać, bohaterka twojej książeczki musi nauczyć się jeść, robić siku do nocnika i kontrolować złość. I stu innych rzeczy.

To w temacie książek dla najmłodszych. Jeśli chodzi o starszaki, to masz dwie główne opcje, z których jedna to edukacja a druga – a jakże – emocje. Jeżeli wariant pierwszy, to śmiało można celować w życiorys znanego Polaka (w setnej odsłonie), mity i legendy, historię na wesoło, językowe zagwozdki (znaczenie frazeologizmów itp.) albo książki podróżnicze, z których można się dowiedzieć czegoś o znanych miejscach. A jak żadne z powyższych, to zostaje jeszcze ciało człowieka i pisanie o kupie. Bo dzieci uwielbiają obrzydliwości, Adam Mirek trzeci raz z rzędu zwyciężył w plebiscycie Lubimyczytać, w tym roku z książką Coś tu śmierdzi.

Wariant drugi, czyli emocje. Pisanie o emocjach jest bardzo bardzo ważne i potrzebne. Ale i niełatwe. Bo trzeba rozmowę o nich umiejętnie wpleść w ciąg narracyjny. Tematy są różne: tolerancja, wykluczenie, problemy adaptacyjne, brak bliskości, poczucie odmienności, niepełnosprawność… To są takie punkty na start, wątki pożądane rynkowo. I OK, tylko teraz, drogi autorze, zbuduj na tym przekonującą historię.

Sprawdziłam ostatnio, że w finale konkursu Nagrody im. Kornela Makuszyńskiego obok powieści dwóch uznanych pisarzy znalazł się debiut. Agnieszka Misiak napisała książkę Kosma, Kopacz i leśna szkoła, która świetnie ilustruje moją tezę. Bo autorka jest psycholożką dziecięcą, to raz. Główny bohater Kosma ma ADHD, a oprócz niego występują jeszcze osoby z autyzmem i innymi zaburzeniami psychicznymi. Pojawiają się wszystkie wątki, które wymieniłam powyżej, to dwa. Mama Kosmy jest empatyczną psycholożką, która tłumaczy mechanizmy tych chorób, a w książce pojawiają się propozycje na to, jak sobie z nimi radzić np. tytułowa leśna szkoła jako rozwiązanie dla dzieci z ADHD albo kontakt ze zwierzętami jako terapia. Mimo, że tak to wszystko opisałam, książka nie jest suchą wykładnią tego, jak funkcjonują ludzie z zaburzeniami, pióro autorki jest raczej lekkie, a postaci wiarygodne. Ale zdołałam przesłuchać tylko do połowy, bo zabrakło mi motora opowieści. Pojawiają się nowe postaci, które spędzają razem czas, i niby ta akcja jakoś idzie do przodu, ale tak powoli, a jej kierunek jakoś nie chce się wynurzyć, brakuje jakiegoś nadrzędnego celu, dokąd to wszystko zmierza. Myślę, że OK jak na debiut, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że warstwa informacyjna jest ważniejsza od opowieści.

W 2024 roku w Piórku zwyciężyło Moje czarne szczęście. O dziewczynce, która się przeprowadziła wraz z rodzicami i nie może się zaadaptować w nowym miejscu. W szkole cierpi bullying, bo jest nowa i ma rude włosy. Ulgę w sytuacji przynosi jej piesek ze schroniska, który na końcu opowiadanie okazuje się swego rodzaju deux ex machina i cudownie rozwiązuje wszystkie jej problemy. W skrócie: adaptacja-wykluczenie-dogoterapia. I tak też mi się wydaje, że największe szanse na wydanie mają teraz ci autorzy, którzy podążają za tymi trendami. Takie zwykłe opowieści idą trochę w odstawkę. Jakby René Goscinny chciał wypuścić dziś na rynek Mikołajka, to by musiał pewnie dopisać do jego klasy jakąś postać na wózku albo z autyzmem. Ananiasz nie byłby już tylko wkurzającym mądralą, ale chłopcem cierpiącym bullying ze strony Alecesta (klasowego osiłka). Ten biłby wszystkich, próbując w ten sposób odreagować rozwód rodziców i problemy adaptacyjne. Po lekcjach Mikołajek odwiedzałby niedołężnego staruszka i bawił się z jego psem rasy kundelkoowczarek, a przy wspólnym segregowaniu śmieci staruszek z pełnią empatii tłumaczyłby Mikołajkowi zachowanie jego kolegów z klasy. I nie zrozum mnie źle, Karolina, nie ma nic złego w pisaniu pod tezę! Serio, tak sądzę, książka w końcu musi być o czymś. Ale stawiam jeden warunek. Opowieść jest tak dobra, że się tego nie czuje. Zobaczymy, czy taka wygra Piórko tym razem. A słuchaj, a Żabka nie ma planów, żeby wystartować z takim konkursem? Jak masz jakieś wtyki w dyrekcji, to im podpowiedz.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *