AI w literaturze cz. 1: kino europejskie, skandal w Hachette i co to ma wspólnego z Pitbullem

Mówiłam ci ostatnio, Karolina, jak to Biedronka przemianowała konkurs Piórko z amatorskiego na konkurs dla wszystkich, w związku z czym szanse zaistnienia na rynku kogoś z tej pierwszej grupy drastycznie zmalały. Ale pojawiła się też nowa kategoria – dla twórców literatury metodą AI. I tu warto się pochylić przez chwilę nad tematem, i ja to zrobię, chociaż, jak pamiętasz, plecy mnie bolą od dawna.

Zacznę od tego, że wygrać taki konkurs to trochę ryzyko, bo nie wiadomo, jak to zwycięstwo zostanie odebrane. Bo niby się wygrywa konkurs literacki, ale jednak dla takich nieudolnych pisarzy, co sami nie potrafią dobrze pisać, tylko potrzebują do tego ej aj. Trochę jak wygrana na paralimpiadzie, rozumiesz. Niby wygrana, ale… Cały czas jeszcze oczekuje się od autorów bycia autorami, a nie współautorami. My w Europie to w ogóle mamy bogatą tradycję autorstwa, bo u nas wszystko było zawsze takie wiesz, autentyczne. Najbardziej cenimy twórców, którzy wskazują nowe trendy w sztuce, odrzucają to co stare, a na ich miejsce proponują nowe, oryginalne, a przy tym mocno odciskając swoją osobowość na dziele. Tak jak Mickiewicz odrzucał twórców oświeceniowych, Słowacki Mickiewicza, a Gombrowicz Słowackiego. I tak się odrzucali jeden przez drugiego, każdy proponując wielką zmianę w literaturze, coś radykalnie nowego w treści i w formie. Nie inaczej było u nas z kinem, utkało się nawet sformułowanie kino autorskie, co ma oznaczać taki rodzaj kina, w którym jeden twórca pisze scenariusz, reżyseruje film i odgrywa w nim jakąś rolę, a najlepiej wszystkie. No i wszystko w tym filmie musi być oryginalne, autentyczne, niosące ducha czasu itd. Fellini, Bergman, Kieślowski, te klimaty. I nie ma, że „wszystko już było”. Wysil się i zaproponuj coś nowego. Ja zresztą, jak wiesz, kino autorskie bardzo lubię i cenię, jeżeli nie wieje zbytnio nudą. A więc tak, autorstwo.

Zobacz, co się stało miesiąc temu w UK. Hachette wycofało ze sprzedaży książkę Mii Ballard Shy Girl, bo internauci dopatrzyli się, że tekst książki został wygenerowany przez AI. Powtórzenia w opisach, nielogiczne zestawienia i metafory, brak tzw. ludzkiego głosu, emocjonalnej głębi. Detektory AI zdają się potwierdzać przypuszczenia, ale autorka stanowczo zaprzecza, tłumaczy, że tekst redagował jej znajomy, który mógł do tego użyć AI bez jej wiedzy. Nikt w to nie wierzy, bo już wcześniej dopatrzono się, że Ballard odpowiada w wywiadach używając Chata GPT. Ten skandal to właściwie dwa skandale w jednym. Pierwszy skandal dotyczy tego, że opublikowano książkę napisaną przy użyciu narzędzi AI. Drugi dotyczy faktu, że zatajono to przed czytelnikiem. A nikt nie chce być robiony w bambuko, oj nie. Ballard, jeżeli chce jeszcze kiedyś publikować, musi zacząć się rozglądać za dobrym pseudonimem.

A zatem tym, co tak bardzo nas ubodło przy okazji tego skandalu jest nieautentyczność książki, bo powinna być autorska, oryginalna, prezentować coś nowego albo dobrze reprodukować to co znane. Ogólnie pisarze już zawsze będą mieli pod górkę, szczególnie ci, którzy nie zadebiutowali przed pojawieniem się Chata, bo cień podejrzeń w każdej chwili może spaść na każdego z nich. Bo może on po prostu ma świetny styl, ale całą fabułę mu Chat podrzuca? Poza podejrzeniem będzie tylko jedna grupa pisarzy: ci, którzy otwarcie przyznają się do korzystania z narzędzi AI. I teraz pytanie: czy korzystanie z AI nie mogłoby się okazać właśnie tym novum, które wyraża ducha czasu i świadczy o oryginalności? Ale także – umiejętnościach pisarskich? Bo może to wcale nie jest takie łatwe, skoro ludzie tak szybko zorientowali się nad oszustwem Ballard? Moim zdaniem, jeżeli chce się być pionierem w tej dziedzinie, to teraz jest moment, żeby się nim stać. I trzeba to zrobić na bezczela. Ja, taki a taki, proponuję wam moje dzieło, które powstało przy twórczej współpracy z AI, zobaczcie, że tak też można tworzyć i to całkiem dobre rzeczy. Ludzie na początku mogą się zżymać, ale to nie potrwa długo, bo Chat wkrótce tak opanuje nasze życie, że jego obecność przestanie nas dziwić, także i w sztuce.

Mówisz, że nie? A ja ci powiem, że to już się stało. Tak, w muzyce. I nie chodzi mi o generowanie muzyki przez AI. Chodzi mi o niego – nie umie dobrze śpiewać, tańczyć w ogóle, ale wychodzi na scenę i robi to na bezczela. To on. To Pitbull. Życiowe motto i główny temat wypowiedzi lirycznej: Imprezo trwaj, jesteś taka piękna. Znak rozpoznawczy: klepanie lasek po tyłku na tle przebitek z Miami. Wypromował się na samplowaniu – gdzie nie spojrzeć, tam fragmenty znanych kawałków: I Know You Want Me, Back in Time, Now or Never… Wziął sobie gotowe i trochę przerobił i ma. Autentyczne? Oryginalne? Wsio ryba, ważne, że potrafi rozkręcić imprezę. Wiesz zresztą, że dla mnie impreza bez Pitbulla to nie impreza. Albo zobacz, cała kultura didżejska, festiwale typu Sunrise. Czy DJ to nie taki muzyczny literat, który nauczył się do perfekcji obsługiwać AI? Już dawno nikt się nie czepia syntezatorów i miksowania. W literaturze to wszystko dzieje się po prostu z opóźnieniem, ale zakładam się, że niedługo świat nam zaanonsuje jakiegoś Davida Guettę słowa pisanego. I jeżeli będzie umiał rozkręcić czytelniczą imprezę, to wyruszy w tournée dookoła świata. Everybody hands up!

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *