Jestem dziś w euforycznym nastroju! I to dosłownie – bo będę ci nawijać o Euforii, wiesz, tym serialu HBO o amerykańskich nastolatkach, który się niedawno zakończył. Wybiły się na nim co najmniej trzy gwiazdy: Zendaya, Jacob Elordi i Sydney Sweeney, widzisz sama, że ich buźki są wszędzie. A jak na tych podkręconych karierach poszli robić filmy w Hollywoodzie i reklamować Diory, to dla Sama Levinsona, starego funfla, co ich tak wylansował, nie było już czasu. Trzeci sezon powstawał w 4 miechy, choć normalnie prace zajmują 8.
I dlatego ostatni sezon Euforii przypomina trochę dostawczaka, który jedzie napakowany szczoteczkami do zębów przez miasto, żeby dowieźć je zniecierpliwionym klientom, którzy czekają przed sklepem z pastami w dłoniach, ale nie wiadomo dlaczego, dostawczak zbacza po drodze w jakieś dziwne miejsca i ostatecznie… nie dowozi. To znaczy może coś tam, częściowo, szczoteczki bez włosów, w nie takich kolorach – miny klientów mówią same za siebie. Tak jak komentarze na forach. „Ja tego nie zamawiałem” – krzyczą wszyscy nieświeżymi oddechami. Trzeci sezon zbiera cięgi. Ale co to są za zboczenia z głównej trasy i co ostatecznie udało się dowieźć, to ci opowiem.
Pierwszy zjazd nasz dostawczak wykonuje w stronę żartobliwej stylistyki cytatu i przerysowania (na studiach mówiliśmy chyba na to kamp i pastisz) – jak zobaczyłam Rosalię tańczącą z wężem, to od razu mi się przypomniała Salma Hayek u Rodrigueza, tylko że tamta scena jest arcydzielna, a u Levinsona – tylko pastiszowa. Dalej, noc poślubna i ten jakże celowy kontrast panny młodej płaczącej nad swoją dolą, zupełnie nieprzejętą tym, że katują jej męża. Że o tych zabawach w klimacie kina gore nie wspomnę – tego tu wcześniej nie było i nie wiem, kogo ma to śmieszyć, ale na pewno nie mnie.
Najważniejszą użytą konwencją pozostaje jednak western – jeśli dobrze wychwyciłam, to słyszałam muzykę z Pewnego razu na Dzikim Zachodzie tuż przed pojedynkiem czarnych kowbojów. A więc cytaty, konwencje, tylko… po co to wszystko? Przecież to nie zastąpi umiejętnego budowania fabuły oraz konstrukcji psychologicznej postaci.
Najpierw o fabule – zjazd numer dwa. Wszystkie wątki kończą się (żaden spojler) w niesatysfakcjonujący sposób. Są niepodomykane i niewiele z nich wynika. Do tego wiele rzeczy jest aż za bardzo przewidywalnych. W przedostatnim odcinku pojawia się motyw notesu, który w dość jasny sposób sygnalizuje, jak zakończy się jeden z głównych wątków. A motyw z grzechotnikiem odcinek wcześniej? – Sugestie są w filmach zazwyczaj zmyłkami, a tu wszystko dzieje się tak bez zaskoczeń. Nie ma wielu zwrotów akcji, no może na końcu, ale ogólnie fabuła jest niedopracowana. Tak samo postacie.
Zjazd numer trzy – czyli kiepskie rozwinięcie postaci. Jak można dopuścić do tego, że główny bohater męski nie ma absolutnie żadnego pola manewru? Jest jak jakiś chłopiec do bicia, bez głębi i żadnej decyzji do podjęcia. Jedna z największych porażek sezonu. Dalej Lexi, do której należał wielki finał w drugim sezonie, tutaj właściwie jest kukłą – postacią, która się pojawia, bo ma coś do odegrania w życiu pozostałych bohaterów, ale nie swoim własnym. I Jules – postać nietuzinkowa, ambiwalentna, z jej tęsknotą do przynależności – potraktowana tak powierzchownie i marginalnie. Jaka szkoda.
Cały serial zagarniają właściwie dwa wątki. Jeden należy oczywiście do Rue, która jest narratorką i zaczyna pracę w klubie ze striptizem, a drugi do Cassie, która robi karierę jako gwiazda OnlyFans. Z tego też powodu najgorętsze dyskusje o Euforii toczą się wokół postrzegania kobiecej seksualności – o tym, czy praca w branży seksualnej musi oznaczać utratę podmiotowości. I dlatego szkoda, że postać Cassie jest taka spaprana, w jednej scenie ma skrupuły, zastanawia się, czy robi dobrze, w drugiej zupełnie nie, w jednej tęskni, w drugiej zdradza bez mrugnięcia okiem.
Tu jest ten moment, w którym przypomniała mi się lektura sprzed lat. Pamiętasz może My, dzieci z dworca Zoo? Historię tego, jak wyglądał świat narkomanów w Berlinie w latach 70.? Opowiedzianą oczami Christiane F., nastolatki sięgającej po twarde narkotyki, która opisuje ludzi ze swojego środowiska. Prostytucja i śmierć przewijają się ciągle w tej opowieści. Prostytucja i śmierć i archiwalne zdjęcia, które podkreślają, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Czytałam to jako nastolatka, szokowało. Ale pamiętam też, że Christiane nie potępia swojego życia we wspomnieniach, pokazuje cały jego brud, ale też opisuje to w sposób wciągający, opisuje, jakie fajne jest bycie na haju. Pamiętam swoje myśli podczas czytania: „Ale to straszne”, a zaraz potem „A jakby to było spróbować?” Ta książka wydawałoby się, miała być przestrogą, ale jeśli się jej przyjrzeć, to wcale nią nie jest.
Podobnie Cassie i jej OnlyFans. Nie sprawdzałam, czy po wyemitowaniu serialu dziewczyny zaczęły masowo zakładać sobie konta na tym portalu, ale prawdą jest, że serial pokazuje go jako źródło łatwego dochodu i uruchamia myśl, że w sumie – dlaczego by nie? Niby przewijają się dyskusje nad tym, czy to już porno, czy jeszcze nie, ale nie ma w tym żadnego moralizowania. I teraz ci powiem, że wcale nie wiem, czy to dobrze. Bo Sydney Sweeney jest nie tylko aktorką, ale influencerką, idolką, wzorem kariery. A że Cassie to wykreowany wizerunek? Nieważne. Dziewczyny chcą być jak Sydney, a jeżeli nie mogą, to chociaż chcą być jak jej bohaterka, która w serialu nie zostaje skrytykowana, a to, co robi, przynosi jej popularność i pieniądze.
Cały serial oscyluje zresztą wokół moralnej neutralności, dlatego tak bardzo dziwi ostatni zjazd naszego dostawczaka – zjazd w stronę religijności. Jeżeli religia w Euforii zawsze była pokazywana z dystansem, to skąd takie zakończenie? Już sam tytuł ostatniego odcinka – Ufajmy Bogu – każe się zastanawiać, czy to tak na serio czy raczej zwała? Bo wszystkie tytuły były ironiczne. A ostatnia scena i kadr z powiewającą flagą? Do końca nie wiedziałam, co mam z tym zrobić. Aż musiałam sprawdzić, co autor miał na myśli i przeczytałam wywiad z Levinsonem, który jednak podkreśla, że to nie żart, że końcówka ma tak wybrzmiewać. Więc zakończeniem serialu, który w całości był raczej amoralny i ironiczny, jest przekaz o ponoszeniu konsekwencji za swoje działania i uciekaniu się do Boga. Ciekawe dopięcie.
No dobra, dostawczak dojechał, co jednak udało mu się dowieźć? Bo jednak coś tam zostało ze starej dobrej Euforii. Zostały na przykład te świetne sekwencje otwierające, w których Rue-narratorka przybliża opowieść któregoś z bohaterów.
Jest też kilka dobrych scen. Jak dla mnie na pewno scena otwierająca, scena nalotu DEA i scena finałowego pojedynku, choć nietrudno było odgadnąć, jak się zakończy. Podobały mi się też drugoplanowe postacie, pozostaję fanką Laurie, sama nie wiem, dla mnie ta aktorka ma w sobie coś.
I co by nie mówić, podoba mi się, że serial komentuje najbardziej aktualne zagadnienia z życia młodych ludzi. Przemyt fentanylu (o matko! – nie wiedziałam, że to tak się może odbywać) oraz jego żniwo w Stanach, a także dyskusje wokół rosnącej popularności OnlyFans i choć krytykom nie spodobało się takie ujęcie tematu, to jednak jest jakąś próbą rozmowy.
Także coś tam się mimo wszystko broni w tym trzecim sezonie, jednak zjazdy z głównego kursu powodują, że serial można… zjechać.
A poniżej mój zjazd w stronę pastiszu na Playboya – bardzo, bardzo zamierzchłe archiwum.



Dodaj komentarz