Daisy Jones and The Six – relacja z trasy serialowej

Karolina, kojarzysz Sama Claflina? Alexa z Love, Rosie albo Finnicka z Igrzysk Śmierci? Ostatnio przypomniałam sobie o jego istnieniu i aż mną zatrzęsło, żeby go znowu w czymś zobaczyć. I tak odpaliłam serial Daisy Jones and The Six, chyba ci wspominałam, ten o zespole z lat 70., który nigdy nie istniał. Taki niby-dokument, który odtwarza wydarzenia z dawnych lat aż do rozpadu tego zespołu. Krytycy na Filmwebie oceniają go średnio, a fani na powiedzmy bardzo dobrze. Obejrzałam i rozumiem jednych i drugich. Bo tak realizacyjnie to średniawka, na przykład totalnie nie kupuję tej konwencji dokumentu. Za dużo tych wywiadów z członkami zespołu, którzy opowiadają o wydarzeniach sprzed 20 lat, a są tak fatalnie postarzeni, że wydaje się, jakby mówili o zeszłym poniedziałku. Między innymi tempo tego serialu jest takie powolne, pierwsze dwa, prawie trzy odcinki są do kompresji, od trzeciego odcinka zaczyna się serial. Czyli od momentu jak Daisy spotyka się z The Six i mają razem nagrywać piosenkę. Czyli od momentu jak Riley Keough spotyka na planie Sama Claflina. No co za fuzja temperamentów! Riley Keough to w ogóle moje odkrycie, nie kojarzyłam jej wcześniej, a to wnuczka Elvisa. Tak, TEGO Elvisa. Co śmieszne, wychowana w otoczeniu muzyków, sama nigdy zbytnio nie interesowała się muzyką. Poszła w aktorstwo. I dobrze wybrała. Ta dziewczyna to złoto, idealnie pasuje do roli multiutalentowanej charyzmatycznej hipiski, nie wyobrażam sobie innej Daisy. Razem z Samem odwalają takie dramy, że aż iskry lecą. Kto pisze lepsze piosenki? Kto jest szczery, a kto nie? Kto to wszystko pierwszy rzuci i podpali z dymem? No kto? Przyciągają się i odpychają jak magnesy, a wynikiem tego przyciągania są piosenki. I to jakie! Dobra, znasz mój gust, obie wiemy, że w sprawach muzyki to akurat żadną wyrocznią nie jestem, ale zauważ, że jak wypuszczono album z serialu do sieci, to od razu wskoczył na pierwsze miejsce w iTunes. Za mną codziennie chodzi jakiś inny utwór, łącznie z tym z czołówki (Patti Smith Dancing Barefoot).

Zresztą, to, co mi się podoba najbardziej w całym tym serialu, to pokazanie procesu twórczego. Zawsze mnie ciekawiło, jak powstają piosenki. Po obejrzeniu tego serialu nie wiem, czy właśnie tak, ale jestem skłonna uwierzyć, że tak. Te pytania, jakie sobie zadają Daisy i Billy podczas pisania, to, jak nieustannie kwestionują poszczególne linijki i słowa, zastępują je innymi aż powstaje idealna piosenka. Tak, tak to sobie wyobrażam, dlatego piąty i szósty odcinek są moimi ulubionymi. Te teksty zresztą są naprawdę bardzo bardzo dobre. Dla nich kupiłam angielską wersję książki, na podstawie której powstał serial. Ktoś na forum powiedział, że na końcu powieści są teksty wszystkich piosenek składających się na album i to prawda, tyle że… to są zupełnie inne teksty! Taylor Jenkins Reid napisała swoje teksty do albumu Aurora, ale widocznie nie nadawały się one tak bardzo do stworzenia takiej muzyki, jaka powstała dla potrzeb serialu i napisano je zupełnie od nowa. Muszę powiedzieć, że nie ze szkodą.

Do książki jeszcze wrócę, a tymczasem idąc dalej: odcinek w Grecji – jak dla mnie do kasacji, potem kolejne burze między wokalistami i finałowy odcinek wyjaśniający kulisy rozpadu zespołu – żadnych zaskoczeń, ale bardzo przyjemny spektakl. Jeśli o mnie chodzi – warto było, dałam się ponieść i poszłabym na koncert. Gdzieś nawet wyczytałam, że były plany na trasę koncertową, ale w takiej formule, że piosenki zespołu mają być śpiewane przez innych wykonawców, a to już nie to samo.

Z rzeczy, które jeszcze mi się podobały. Kojarzysz na pewno taki typ postaci mędrca, któremu wystarczy jedno spojrzenie i już wie. Wie, czy się do czegoś nadajesz czy nie, czy masz potencjał, z którego coś wyrośnie i czy masz to coś. A jak uzna, że masz, to już po tobie. Niczego nie wymusi, niczego nie powie wprost, ale zostawi cię z jednym enigmatycznym zdaniem, a ono tak będzie za tobą chodzić aż w końcu popchnie cię do robienia rzeczy, o które siebie nie podejrzewałaś. I będzie to dokładnie to, o co mu chodziło. Początek nowej ery w twoim życiu. Rozumiesz mniej więcej ten koncept? No więc w tym serialu takim kimś jest Teddy, producent. Gra go Tom Wright, który bardzo mi się w tej roli podoba. Taki dialog na przykład:

Teddy: Masz jedną świetną piosenkę. Potrzebujemy jeszcze dziesięciu.

Daisy: Daj mi tydzień.

Teddy: Ok. Ale Daisy, pamiętaj, że to jest teraz najgorsza piosenka na twojej płycie.

I taką motywację to ja rozumiem.

Wrócę jeszcze na moment do książki, bo w niej udało się dużo bardziej to, co nie wyszło w serialu, czyli kreacja wspomnień z perspektywy upływu lat. Po przeczytaniu książki ryjesz Internet, żeby się upewnić, czy aby zespół The Six naprawdę nie istniał. Ta historia płynie i się nie zatrzymuje, ale dba też mocno o wiarygodność bohaterów, w serialu jest mnóstwo luk. Na przykład nie wiadomo, dlaczego Billy jest takim cholernym dupkiem na pierwszej trasie. Scenarzyści pozmieniali, co się dało, prawie nic się nie pokrywa z książką (od miejsc trasy, poprzez kreacje drugoplanowych bohaterów, aż do liczby dzieci Billy’ego), a to, co zostawili, miejscami się nie spina. Wątek Simone, którego nie było w książce, pojawia się w momencie największego napięcia i totalnie zaburza dynamikę akcji. Do kosza. Rozmowa Camilii z Eddym na balkonie? Do kosza. Odcinek w Grecji? Do kosza. I pewnie jeszcze by się znalazło tego trochę. Ale zostawiam sobie Sama i Riley. I zostawiam piosenki, które sączą się na moim Spotifaju, kiedy stawiam ostatnią kropkę.

Komentarze

Jedna odpowiedź na “Daisy Jones and The Six – relacja z trasy serialowej”

  1. Awatar Olutko
    Olutko

    Przeczytałam recenzje i obejrzałam. Ależ mi się podobało! Teraz zabieram się za książkę :d

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *